czwartek, 26 listopada 2015

Europejczycy tracą wolność!

Źródło: Newsweek.pl
Ten szwajcarski kanton nie jest pierwszym obszarem w Europie, gdzie taki zakaz jest wprowadzany? Czy cieszyć się z tego? Boimy się islamu i ci, którzy są gorliwymi jego przeciwnikami cieszą się i chcą, by inne regiony i kraje wprowadzały podobne przepisy. A ja się pytam: a gdzie prawa obywatelskie?

Jestem przeciwny islamizacji Europy. Jestem świadom tego, że islam może stanowić realne zagrożenie. Wiemy dobrze, że te stroje są wykorzystywane, by ukrywać pod nimi broń i ładunki wybuchowe. Ale czy mamy prawo wprowadzać takie drakońskie przepisy? Uważam, że nie - bo jeśli ktoś się w danym stroju dobrze czuje, to ma prawo się tak, a nie inaczej ubierać! Jest (a w każdym razie była) w moich stronach taka kobieta, która zwykła ubierać się w stylu sprzed 1000 lat - proste sukno, skóry, łapcie na nogach, miecz przy pasie (stępiony) i dzida w ręku (także stępiona)... I może ktoś się z niej śmiał, ja nie - jej "bzik" i jej cholerne prawo do bycia sobą!

Zakaz noszenia "kominiarek"? Absurd! Lubię kominiarkę - noszę kominiarkę! Przez lata nosiłem i lubiłem, jest ona bardzo praktyczna. Teraz też zimą osłaniam twarz szalikiem - MOJE PRAWO! Jeśli ktoś uważa, że nie mam prawa nosić kominiarki lub opatulać się szalikiem, to niech tak sobie uważa, ale ja mam prawo chronić się przed zimnem! Tylko jeśli się wchodzi do sądu, banku, lotniska czy innej szczególnie chronionej instytucji - wiadomo, twarz musi być widoczna. Poza tymi wyjątkami: pełna wolność, prawo do życia, jak się chce i noszenia tego, co nam odpowiada! Zresztą to nie jest problem tylko zimy. 

Gdy tylko wchodzimy do jakiegokolwiek sklepu, natykamy się na monitoring - i to jest nawet zrozumiałe. Ale nie ma już chyba miasta, gdzie by na ulicach kamery nie śledziły każdego naszego kroku! A co jeśli ktoś źle się z tym czuje i nie chce, by bez jego zgody obserwowano każdy jego krok? Przyznam, że zaliczam się do ludzi, którzy czują coraz większy dyskomfort związany z wszechobecnym monitoringiem! Uważam, że prawem każdego z nas jest takie ubieranie się, by pozostawać "incognito". Nie możemy nic zrobić z kamerami, ale musimy mieć prawo zrobić coś ze sobą, jeśli chcemy się przed nimi chronić, jeśli nie chcemy uczestniczyć w tym "Big Brotherze" na gigantyczną skalę. Ktoś powie: to dla naszego bezpieczeństwa! Ja powiem: wolę mniej bezpieczeństwa, a więcej wolności! A tymczasem już nawet w lasach montowane są cholerne kamery! Tak kawałek po kawałku "dla naszego dobra" ODBIERA SIĘ NAM WOLNOŚĆ!

Dziś zakazują noszenia burek i kominiarek. Co będzie dalej? Może zakażą noszenia luźnych ubrań w ogóle, bo wiele można skryć w ubraniach nawet jeśli nie jest to burka. A może zakazać noszenia torebek i ubrań z kieszeniami? Bo przecież w torebce można ukryć sporą bombę, a w kieszeni pistolet... Ale uwaga! Nawet w dość obcisłym ubraniu można schować wiele - np. nóż. Więc może by tak wprowadzić obowiązek chodzenia... nago? ;) Dziękuję Bogu, że żyję w kraju, gdzie jeszcze wciąż jest NORMALNIE - przynajmniej pod tym względem - i oby się to nigdy nie zmieniło! Nie obawiam się muzułmańskich burek - obawiam się głupoty tych, którzy próbują działać "dla naszego dobra" i systemu, który odbiera nam po kawałku naszą wolność! Obawiam się też widocznych tendencji - tego, że ludzie nie tylko godzą się na ograniczanie własnej wolności, ale nawet się z tego cieszą, bo "poczują się bezpieczniej", bo naiwnie uwierzyli sprytnym manipulatorom, że "to jest dobre" i że "to dla naszego bezpieczeństwa".

O znikajacych flagach

Fot. KPRM
Nie jestem zwolennikiem Prawa i Sprawiedliwości - raczej patrzę z obawami na to, co się aktualnie dzieje i na nadchodzące lata. Nie jestem równocześnie zwolennikiem któregokolwiek z działających obecnie ugrupowań politycznych - nawet jeśli mamy zbieżność części (czy większości) poglądów, to nie zgadzam się z postawą naszych polityków. Nie akceptuję "Polityki" w formie pomówień, ataków personalnych, bicia w przeciwników. Można - a nawet pewnie trzeba - się z sobą nie zgadzać, ale równocześnie powinno być kilka absolutnie niezbędnych elementów: patriotyzm, szacunek, tolerancja. Tymczasem ich dramatycznie brakuje! Nie jestem też czcicielem narodowych symboli - o swoim zrozumieniu tych spraw napisałem jakiś czas temu w tekście pt. "Ale jak mam być patriotą?"  

Jednak ta informacja, jaką podały media, bardzo mi się podoba: "Beata Szydło zapowiedziała dziennikarzom zgromadzonym w Kancelarii Premiera, że tłem konferencji będą tylko flagi polskie. Zmianę zauważyły zagraniczne media i politycy. Dlaczego rząd schował unijne flagi? Jak wytłumaczyła nowa premier, to flagi biało-czerwone są "najpiękniejsze"." (źródło Gazeta.pl) Choć nie czczę żadnych symboli, to jednak biało-czerwona flaga i orzeł biały są mi zdecydowanie bliższe niż symbolika unijna: krąg z żółtych gwiazdek na niebieskim tle, która jest w dodatku symboliką ściśle związaną z... kultem maryjnym. Biel i czerwień, i ten szlachetny ptak, to jednak symbole mojego kraju i narodu - które szanuję i z których jestem dumny. A unijnej flagi nigdy nie lubiłem i nic dla mnie nie znaczy. Nie czuję się obywatelem Unii Europejskiej - czuję do niej... wstręt. Kiedyś - przyznam ze wstydem - głosowałem za przystąpieniem Polski do UE. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że... czuję się oszukany, bo mówiono nam wówczas, że Polska nic nie starci ze swej niepodległości, że nic nam nie będzie narzucane, a jest odwrotnie. Zamiast pchać się do UE trzeba nam było budować silną grupę Krajów Słowiańskich od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne.

Jestem obywatelem Polski, ale nie czuję się i nie chcę być obywatelem Unii Europejskiej. Niestety... "muszę" nim być, będąc obywatelem unijnego kraju. Nie potrafię się pogodzić z tym, że nazwa "Unia Europejska" figuruje także na naszych paszportach i to ponad nazwą "Rzeczpospolita Polska" i czcionką o tej samej wielkości. A przecież powinno być odwrotnie - to napis "Rzeczpospolita Polska" powinien dominować, a UE niech będzie nawet na okładce, np. w postaci niewielkiego znaczka, który byłby czytelny dla kogoś gdzieś tam w świecie dalekim, kto nie bardzo wie gdzie to "Poland" jest. A tak naprawdę najlepiej by było, by do przekraczania granic żadnego dokumentu nie było trzeba - bo w gruncie rzeczy jesteśmy przez władców pozamykani w naszych krajach. Ale póki co, mam nadzieję że nowy Rząd przywróci także WŁAŚCIWĄ formę tym naszym dokumentom, "przepustkom na wolność".  Niechby UE była tylko luźną federacją niepodległych krajów, które współpracują ze sobą i wspomagają się, ale są w pełni niezależne jeden od drugiego! Nie chcę podróżować pod znakami UE i pod nazwą UE - nie chcę być w jakikolwiek sposób powiązany z tym nowotworem.

Jest też wreszcie kwestia tablic rejestracyjnych, na których już niemal 10 lat temu unijne gwiazdki wyparły polską flagę. O ile nowe, "zunifikowane", tablice były dobrym pomysłem - bo są czytelne i dobrze widoczne nawet w nocy - to jednak powinna na nich pozostać polska symbolika. Nie mam prawa jazdy i nie posiadam aktualnie żadnego pojazdu wymagającego rejestracji. Gdyby to się jednak zmieniło, nie chcę na nim unijno - maryjnych gwiazdek, a polską flagę! To kolejna zmiana, która powinna zostać wprowadzona niezwłocznie! Jesteśmy bowiem SUWERENNYM KRAJEM, a nie jakaś unijną republiką związkową. 

Gdy ładnych kilka lat temu byłem w stolicy Katalonii, Barcelonie, widziałem tam samochody z "europejskimi tablicami", na których ich właściciele w miejsce znaków hiszpańskich na niebieskim pasku, wklejali taki sam niebieski pasek, ale ze znakami "CAT" - "Catalunya". Oczywiście takie modyfikacje są nielegalne i za to grożą wysokie kary, ale tak wyrażali oni (i z pewnością robią to nadal) swój patriotyzm i pragnienie uniezależnienia się od Hiszpanii. I ja to ogromnie szanuję! Uważam, że każdy z nas ma prawo do takiego patriotyzmu, że na naszych tablicach będą polskie symbole - nie tylko literki "PL", lecz także polska flaga. Uważam, że to powinna być kolejna decyzja nowego Rządu - a także powinna być zgoda, by każdy, kto ma znaki unijne, mógł je zastąpić legalnie polskimi. I tak aż dziwne, że dotąd Polacy "nie wzięli sprawy w swoje ręce" i nie załatwili tego podobnie jak wielu Katalończyków. ;)

Wróćmy do faktu usunięcia unijnych flag z sali konferencyjnej KPRM. Belgijski polityk, Guy Verhofstadt, skomentował ten fakt następująco: "Więc nie chcecie europejskiej flagi, ale ciągle chcecie europejskich pieniędzy?" A czy jakakolwiek umowa międzynarodowa zmusza nas do przyjęcia i eksponowania unijnej symboliki? Nie przypominam sobie! Powinniśmy pójść nawet dalej: unijne symbole powinny być zredukowane do minimum we wszystkich naszych urzędach - nie mogą mieć pozycji równorzędnej z symbolami polskimi! Co się tyczy pieniędzy, to swego czasu uważałem, że nie powinniśmy brać z UE ani grosza. Stało się inaczej i wpłynęły naprawdę spore pieniądze. Ale też spójrzmy uważnie: kto wkłada najwięcej do unijnej kasy? Czy nie Niemcy, którzy w latach 1939 - 1945 doszczętnie zrujnowali Polskę? To my sami, Polacy, po wojnie wszystko odbudowywaliśmy - nie dostaliśmy ani grosza pomocy, o rekompensatach nawet nie mówiąc. Trzeba przyznać, że śp. Prezydent RP, Lech Kaczyński, "miał jaja", gdy swego czasu na roszczenia niemieckich "wypędzonych" odpowiedział wystawieniem rachunku za zniszczoną Warszawę. Wielka Brytania też z pewnością dużo łoży na funduszów unijnych. Czy to nie Wielka Brytania pospołu z Francją zawiodła jako "sojusznik"? I jeszcze jeden fakt, o którym wiele osób nie wie. Otóż pamiętamy wszyscy o bohaterstwie polskich lotników w barwach RAFu, ale czy wiemy, co się stało z "polskim złotem"? Otóż Brytyjczycy wystawili nam rachunek za korzystanie z brytyjskich samolotów i brytyjskich lotnisk w obronie brytyjskiego wybrzeża! A w Holandii i Belgii czyż nie ma polskich mogił a nawet całych polskich cmentarzy wojennych? A na konferencjach pokojowych, czyż to nie "wielkie mocarstwa", w tym kraje obecnej UE, oddały nas w sowiecką strefę wpływów? Pewnie, że Stalin był silny i może trudno było coś zrobić, ale... czy komukolwiek tam zależało na Polsce? Te pieniądze, które płyną do Polski, są wiec - moim zdaniem - niczym innym, jak spłatą wielkiego, historycznego długu, i to zapewne tylko w części. 

Moim zdaniem trzeba być bardzo nieświadomym, lub bardzo aroganckim, by mieć do nas pretensje o to, że w zjednoczonej Europie chcemy być krajem suwerennym, z władzami w Warszawie a nie w Brukseli, że chcemy własnych symboli i że nasze serca biją "polskim rytmem". Owszem, potrzebujemy wiele robić razem, wspierać się, dogadywać. Otwarte granice! Jestem za pokojem, pojednaniem i współpracą. Ale nie możemy zapomnieć, że w pierwszej kolejności jesteśmy Polakami, w dopiero w drugiej Europejczykami. Ja powiem od siebie: dla chrześcijanina jeszcze jest inna kolejność: 1) bycie chrześcijaninem (z Ojczyzną w niebie); 2) bycie Polakiem; 3) bycie Europejczykiem... Każdy z krajów powinien być 100% suwerenny i każdy naród powinien sam o swoich sprawach decydować. I jeśli mogę dać jakiś plusik PiSowi, to za taką właśnie postawę. Polska, Polacy i nasze interesy powinny być naszym priorytetem.

piątek, 20 listopada 2015

Na czerwonym

Byłem zmuszony wybrać się (pomimo silnego bólu pleców) na szybkie wieczorne zakupy. Zabrakło bowiem w domu fasolki, która jest niezbędnym składnikiem przygotowywanej na jutrzejszą kolację sałatki. Stoję sobie grzecznie na czerwonym świetle, na skrzyżowaniu. Nagle słyszę krzyk:
- Stój! Policja!
Serce mi zaczęło pikać! Ciśnienie podskoczyło...
Patrzę dookoła niepewnie, czy nie trzeba będzie się kryć lub zrobić "padnij"! Cóż się okazało? Do drugiego przejścia, gdzie właśnie zapaliło się czerwone światło, zbliżała się trójka młodych ludzi - dziewczę z dwoma chłopakami. Dziewczę właśnie zamierzało zignorować czerwone światło, a chłopcy spostrzegli to, czego nie spostrzegło to dziewczę - że stojący przed owymi pasami samochód to... radiowóz! :) I krzyk ów wydobył się z ich gardeł!:D

poniedziałek, 19 października 2015

Czas wyborów

Jeden z największych naszych problemów to ciągle kłócący się i nawzajem się podkopujący politycy. Nawet jeśli miewają jakieś pomysły na Polskę i polskie problemy i problemiki, jakieś programy, wszystko to rozmywa się w szumie, jaki wokół siebie robią - w docinkach, wrzaskach, zakłócaniu wystąpień przeciwników, w oczernianiu. Już jakiś czas temu praktycznie zupełnie przestałem ich słuchać - a przynajmniej 99% z nich, bowiem zbyt sobie cenię spokój i harmonię życiową. Mam serdecznie dosyć ich ciągłej walki o koryto, manipulacji, podstępów, szyderstw, spisków... Cała nasza polityka raczej kto komu cwaniej i mocniej przyłoży i kto jest lepszy w bujaniu i pomówieniach, a nie programy i pomysły na to, co można zrobić, by Polsce (nam wszystkim!) lepiej się wiodło.

Tak, pralka na pewno ma program, a nawet wiele programów. Tylko czasem trochę pohałasuje - trudno. Przede wszystkim jednak - w odróżnieniu od naszych polityków - zasadniczo robi to, co robić powinna. Mam nadzieję, że nie zostanę uznany za wyjątkowo wrednego złośliwca, gdy dodam: pierze brudy! ;)

wtorek, 4 sierpnia 2015

Wypadek - przypadek

Upał. Nie mam nic do upału - jest lato, więc musi być gorąco. Podjąłem jednak "jedynie słuszną decyzję" - po wszelkich dziennych sprawach i obowiązkach wyprowadzenie roweru i nad jezioro. Zastanawiałem się, czy nie przejść się pieszo, lecz rowerem szybciej i przyjemnie. Zjazd nad jeziorko, plaża tuż tuż. Wąska parkowa uliczka z ruchem pieszych. Z przeciwka szła rodzinka - państwo chyba z czwórką dzieci. Trzymałem się swojej prawej strony, lecz oni także trzymali się swojej lewej a mojej prawej strony, więc zjechałem do lewego skraju drogi, ze względu na dzieci mocno zwalniając. Ich kilkuletnia córeczka bawiła się kółkiem do pływania, kręcąc je na nadgarstku. Gdy ją mijałem, kółko ześlizgnęło jej się z ręki i poleciało prosto pod moje przednie koło. Ostre hamowanie, ale... cóż to mogło dać? Przejechałem po kółku i na domiar złego koło pociągnęło je i wciągnęło pod błotnik. Błotnik pokrzywiony, połamany... 


Na szczęście ja cały. Udało mi się nie utracić kontroli nad pojazdem, nie wywrócić, w nikogo nie wjechać... Chwała Bogu! Państwo się przestraszyli. Dziewczyneczka jeszcze bardziej. Pan poprosił mnie, żebym podszedł kawałek, do jego garażu. Wyjął narzędzia i zaczął prostować mi błotnik. Skończył i mówi: "No, teraz przynajmniej będzie się dało jechać." Chwila moment! Tylko tyle? Serio? Naprawdę "po sprawie"? Może myślał, że jeszcze mu podziękuję za pomoc? Nic z tego!
- No, ale wie Pan, ten błotnik już się do niczego nie nadaje, będę musiał go wymienić - mówię delikatnie.
- No tak, raczej tak - odpowiada pan i zapada milczenie.
- Komplet takich błotników kosztuje 50 zł, to przedni będzie ze 30 - mówię.
- No niech pan nie przesadza. Żeby to chociaż był nowy rower, to bym rozumiał...
Fakt. Mój rower rocznik 84 (ale z tych "nie do zdarcia"), ale to nie znaczy, że całość jest tak "dobrze wypróbowana" ;) - błotniki + bagażnik to dodatek z ubiegłego sezonu.
- No wie pan - mówię - błotniki nowe, w zeszłym roku zakładane...
Pan spojrzał na mnie i mówi, ku mojemu zdumieniu:
- Proszę pamiętać, że właściwie to i pana wina, bo pan nas mijał po lewej stronie!
Na uliczce, która nie jest ulicą z prawdziwego zdarzenia a dojazdem do plaży, gdzie nie ma wyznaczonych pasów ruchu, a po prostu każdy porusza się tak, by przejść / przejechać bezpiecznie. Poza tym, jeśli ów pan uważa, że to ulica i powinienem jechać po prawej stronie, to... jak, skoro oni zajmowali całą rodzinką 3/4 szerokości! Jeśli ów pan uważa tą drogę za ulicę, to przecież powinni iść "gęsiego" poboczem! Nie popuściłem.
- Wie pan, proszę się zwrócić do dziewczynki co niosła to koło, to jej sprawa...
DO DZIEWCZYNKI? Przecież to rodzice odpowiadają za dziecko - nawet jeśli nie udało im się go upilnować. W tym momencie odzywa się pani:
- 30 złotych to wydaje mi się zbyt dużo, mogę dać panu 20 złotych i po sprawie.
Tłumaczyłem, że 20 zł może być za mało, ale w końcu machnąłem ręką...
- Wie pan co, nie mamy przy sobie pieniędzy, ale pan wie, gdzie mamy garaż, możemy podejść do domu, ale lepiej możemy się tu na jutro na którąś godzinę umówić, to przyniosę.
O nie! Nie ze mną te numery! Tak więc poszliśmy. Dziewczynka bardzo płakała - tylko nie wiem, czy wystraszona zdarzeniem, czy też z powodu uszkodzonego kółka (kółko nie miało szansy przetrwać bez szwanku darcia błotnikiem i "terenową" oponą!), więc starałem się pocieszyć, jak umiałem: "No nie płacz już. Nic się na szczęście nie stało! Bywa gorzej. Czasem ktoś samochodem o inny samochód otrze i jest większy problem. Tu wszystko będzie OK."
Gdy szliśmy pan zadzwonił do kogoś, by zniósł na dół pieniądze. Trochę wyprzedziliśmy panią i dzieciaki. Gdy doszliśmy na miejsce, pan mi wsunął dychę drobnymi i mówi:
- Tylko tyle mam teraz, ale zaraz doniosą te 20 zł. No przecież nie będziemy się targować!
No chociaż zrozumiał i realnie ocenił powstałą szkodę. Szkodę wyceniałem na oko, lecz gdy po powrocie do domu sprawdziłem ceny, przekonałem się, że... oko mam dobre - wszystko koszty w przybliżeniu 30 zł. Oczywiście państwo będą musieli wydać jeszcze trochę na nowe kółko. Ogólnie to wyjście na plażę - przez głupiego pecha - trochę ich kosztowało. No cóż! C'est la vie!

środa, 1 lipca 2015

PUP - kolejne starcie

Poranna wyprawa do Powiatowego Urzędu Wkurzania Bezrobotnych.
Od godz. 7.30 wydawanie "biletów" (numerków) - byłem "akuratnie".
Od 8.00 urzędowanie, więc staję w korytarzu i cierpliwie czekam.
Ok. 7.40 wzywają pierwszy numerek. Zdziwienie, że już.
Ok. 7.45 wywołują mój, więc wchodzę i od progu słyszę:
- A co tak wcześnie? Podjęcie pracy?
- Nie - mówię - ot po prostu tak wypadło.
- To pan nie wie, że urzędowanie zaczynamy od 8.00? - burczy urzędnik. - Macie to przecież jasno podane w terminarzach. Nie ma kiedy papierów uporządkować i zaległości zrobić. Przychodzimy do urzędu a tu już pełno, że przejść nie idzie.
A przecież ja pobrałem numerek, gdy tylko uruchomiony został automat je wydający i spokojnie czekałem w korytarzu  na godz. 8.00, kiedy to zaczynają urzędowanie. To Pan Urzędnik mnie wywołał - za pomocą elektronicznego systemu - żebym wszedł do biura! Jeśli numerki wydawane są od godz. 7.30, to znaczy, że na tą godzinę można przyjść, pobrać numerek i czekać.

Dlaczego jest tak, że praktycznie każda (!) wizyta w Powiatowym Urzędzie Pracy podnosi ciśnienie? Dlaczego interesant jest opieprzany na każdym kroku za byle co, a nawet wówczas, gdy wszystko z jego strony jest 100% prawidłowo? Dla kogo jest urząd (jakikolwiek) - dla urzędników, czy dla ludzi? Kto komu ma służyć w urzędzie (jakimkolwiek)? I czy naprawdę pracownicy PUPa nie wiedzą, od której są wydawane interesantom numerki w ich urzędzie?

niedziela, 24 maja 2015

Europejskie "wartości" - czyli o "normalności" na opak

Smutno mi... Bardzo smutno...
Obejrzałem wieczorem relację z festiwalu Eurowizji. To dawno bardziej show niż festiwal artystyczny - wiele kiczu, choć kilka fajnych piosenek także. Oglądałem głównie dlatego, by zobaczyć, jak sobie poradzi nasza reprezentantka, Monika Kuszyńska. Gratulacje! Było wspaniale i możemy być naprawdę dumni! Irytował mnie natomiast pokazywany stale pan "kobiet z brodą". Cóż, wygrał w zeszłym roku - jako zwyczajny facet z brodą pewnie by szału nie zrobił (chociaż ma talent!), a jako "kobiet z brodą" się spodobał. Bardziej jeszcze irytowały homoseksualne pocałunki - w czasie całego szoł zaobserwowałem przynajmniej trzy takie sceny. Do tego masa tęczowych flag ruchu LGBTQ. A program przeznaczony dla widzów "12+" i co więcej, na eurowizyjnej scenie gościnnie pojawiały się także dzieci. Tak więc wszystko to było prezentowane także osobom poniżej 18 roku życia. Moim zdaniem absolutnie nie do przyjęcia! Ot, takie europejskie "wartości".

Im częściej obserwuję takie propagandowe elementy, tym częściej myślę, że prohomoseksualna propaganda powinna być prawnie zabroniona. Oczywiście pewnie trzeba by wówczas zrezygnować z udziału w festiwalu Eurowizji i transmitowania go (ze względu na obecną homopropagandę), ale uważam, że nie stracilibyśmy na tym zbyt wiele. Zniknęli by "kobieci z brodą", całujący się faceci i panie, kiczowate kostiumy i prezenterki prawie z piersiami na wierzchu. Tak, uważam, że naszym świętym obowiązkiem jest przeciwstawiać się wszelkimi sposobami takim "wartościom" europejskim, nawet gdyby miało to oznaczać izolację. Jedno jedyne, co pewnie dobrze robi w Rosji towarzysz Putin, to właśnie zakaz homopropagandy. Oczywiście nie może to oznaczać dyskryminacji - z wyjątkiem środowisk kościelnych, gdzie wiadomo, że aktywni homoseksualiści, transwestyci czy transseksualiści nie mogą być akceptowani - czy prześladowania, bo takie osoby są między nami i mają prawo żyć godnie i w poszanowaniu. Warunek? Nie obnoszenie się ze swoimi skłonnościami i poszanowanie dla poglądów innych. Z drugiej strony, czy to by coś dało? Obawiam się, że ta zgnilizna moralna, ten duchowy trąd, tak czy siak by się szerzyła, ale w ukryciu. Co gorsze?

Po eurowizyjnym szoł wiadomość o upadku cywilizacyjnym Irlandii, której mieszkańcy właśnie opowiedzieli się za wprowadzeniem homo-pseudo-małżeństw, była już tylko dodatkiem. Dość ciężkim i trudnym do przełknięcia, bo niestety trwałym, w odróżnieniu od przelotnej telewizyjnej głupawki. To bardzo bolesne, gdy widzi się cywilizacyjną i moralną zapaść "zachodu". Cywilizacja europejska jest obecnie w tak głębokim  kryzysie, że moim zdaniem o ile nie jest to już agonia, to jesteśmy jej bardzo bliscy. Gdzieś ostatnio czytałem, że możemy się spodziewać wzrostu islamskiej agresji przeciwko nam, Europejczykom, bo pogardzają nami coraz bardziej właśnie z powodu niemoralności i wielu muzułmanów pragnie oczyścić europejskie szambo... Jasne jest, że islam walczył i walczy z chrześcijaństwem, ale jeśli radykał islamski mówi, że gdyby Europejczycy byli naprawdę chrześcijanami i trzymali się zasad biblijnych, mieliby szacunek u muzułmanów, a przynajmniej większy szacunek, to warto się nad tym zastanowić.  

Przeraża mnie fakt, że także Polska jest już na skraju tego stoku, po którym stacza się już z ogromną prędkością "zachód", że i u nas życie wbrew zasadom moralnym nazywane jest "wolnością", "alternatywą", "odmienną orientacją seksualną"... Przeraża mnie fakt, że przy takich wiadomościach, jak ta z Irlandii, pojawiają się komentarze w rodzaju: "Oby wreszcie także w Polsce!" albo: "czas najwyższy, abyśmy dołączyli wreszcie do cywilizowanych krajów". Nie chcę takiej Polski! Nie chcę żyć w kraju, gdzie dwóch facetów, lub dwie kobiety to by były "małżeństwa". Nie chcę żyć w kraju, gdzie można by być aresztowanym za promocję normalnej rodziny, normalnego małżeństwa (jak to stało się nie tak dawno we Francji). Nie chcę żyć w kraju, gdzie ktoś może zmuszać mnie, bym uznawał homo-pseudo-małżeństwa. Nie chcę żyć w kraju, gdzie przepisy "antydyskryminacyjne" ograniczałyby moje prawa. Nie chcę żyć w kraju, gdzie w hotelu musiałbym z uśmiechem przyjmować gejowskie / lesbijskie pary bądź wynajmować bez zastrzeżeń takim osobom mieszkanie (mój dach i cztery ściany = moje zasady moralne!). Nie chcę żyć w kraju, gdzie nazwanie homoseksualizmu obrzydliwością, zboczeniem i grzechem mogłoby oznaczać postawienie przed sądem. Chcę żyć w kraju, budowanym na solidnym fundamencie tradycyjnych wartości.

Na zakończenie. Niektóre media przekraczają już wszelkie granice absurdu w lansowaniu "postępo- wości". Niemal każdego dnia piszą o "problemach" ludzi ze środowiska LGBTQ, o ich "normalności" i o "pilnej potrzebie przemian cywilizacyjnych"... Potrafią nawet - wbrew Biblii - twierdzić, że "Bóg by to popierał". Propagandowa papka w niektórych mediach jest już tak podawana, i z tak wielką częstotliwością, że zasługują one na nazwę "GEJzeta"! ;) Mają nas za takich, którzy łatwo łykną każdą ohydę, byle tylko odpowiednio podaną - w dekoracji z "wolności", "praw", "różnorodności", "luzu", "uśmiechu" i przyprawione rzekomym "uciemiężeniem" takich fantastycznych ludzi (myślę, że wielu z nich naprawdę potrafi być fajnymi ludźmi). To, co dzisiaj ujrzałem na Facebooku Gazeta.pl - foto obok - przekracza już wszelkie granice absurdu!